Dziecko Rosemary - Wielka klasyka
Romana Polańskiego zapoczątkowało w 1968 roku nowy styl filmów grozy, horror satanistyczny. Polański tą produkcją przełamał dotychczasowe konstrukcje filmowe, będąc zapewne prekursorem filmów nowego typu w budującym się wówczas kinie współczesnym. Nie bez powodu ekranizacja powieści Ira Levina do dziś w najmniejszym stopniu „nie zestarzała się”, pozostając zadziwiającą, straszną i pełną napięcia. Ale tutaj strachu nie wzbudza rozlana krew, kiczowate maski czy kostiumy potworów, ale sam człowiek, jego działanie i wyobraźnia reżysera . Wszystko zaczyna się dosyć spokojnie, wręcz monotonnie. Mamy wrażenie jakbyśmy oglądali banalny film obyczajowy. Mimo to muzyka już w czołówce filmu sugeruje, że mamy do czynienia z czymś więcej. Niewątpliwie „Dziecko Rosemary” pozostaje do dziś jednym z najlepszych horrorów. Dostrzegamy w nim aspekty, których brakuje w innych filmach grozy. Widz od początku aż do samego końca jest nękany przez reżysera nieustannie narastającą tajemnicą. Wątpliwości zaczynają się już w jednej z początkowych scen, kiedy para odkrywa, że w dziwny sposób schowek na odkurzacze został zasłonięty szafką. Oglądając film gnębią nas dylematy czy Rosemary choruje na bujną wyobraźnię, czy może naprawdę coś dzieje się wokół niej. Polański poprowadził akcję filmu tak, że targani niepokojem przez dwie godziny, dopiero w ostatniej minucie dowiadujemy się co było tematem całego obrazu. Wiodącym czynnikiem tajemniczości w filmie jest muzyka Krzysztofa Komedy. Myślę, że kompozytor okazał się mistrzem w trudnej sztuce kompozycji muzyki do filmu grozy. Kołysanka śpiewana przez Mię Farrow, pełniąca rolę klamry otwierającej i zamykającej film jest spokojna, ale jednocześnie wzbudzająca ukryte emocje, których doznajemy podczas oglądania filmu. W wielu scenach motywy muzyczne są idealnie przemyślane. Pełnią one nie mniejszą rolę niż gra aktorów. Dzięki muzyce pełniej przeżywamy obraz filmowy. Film również ma świetną obsadę.John Cassavetes, który rok wcześniej wystąpił w „Parszywej dwunastce” Robert Aldrich , Mia Farrow, krucha, delikatna, wręcz idealnie stworzona do roli matki. Aktorka bardzo realistycznie ukazuje swoje emocje: strach, wręcz przerażenie, a później złość i gniew. Jej gra jest bardzo autentyczna. Jednak chyba najlepszą rolę w filmie odegrała Ruth Gordon jako Minnie. Kobieta fantastycznie stworzyła osobliwą kreację osoby wścibskiej a jednocześnie bardzo przyjaznej by w końcu osiągnąć swój niecny cel. Za tą wybitną rolę została nagrodzona Oscarem. Nie gorzej sprawdził się Sidney Blackmer, jako Roman Castevet. Film jest jak jedna wielka zagadka, a słowa „niepewność” i „tajemniczość” to jedyne z wyrazów, które w jednoznaczny i właściwy sposób opisują to co widzimy. Zadziwiające jest to jak wydarzenia dziejące się w aparatamentowcu kontrastują ze spokojnym (jak się wydaje) życiem bohaterów . Podsumowując, bardzo polecam „Dziecko Rosemary”. Jako horror wywołuje dreszcz emocji bez sztucznych aspektów kina. Można nazwać go nawet prekursorem filmów grozy nowego kina. Mimo, że powstał w 1968 roku bylibyśmy w stanie powiedzieć, że został nakręcony pod koniec lat 90-tych dwudziestego wieku.



Komentarze
Prześlij komentarz